Zimowy wypad testowy

Zimowy wypad testowy

Ustawialiśmy się i się ustawiliśmy…
Kolejno plecak(i) fooky’ego i Bartka.

DSCF7507.jpg

Plan:
1. Marsz po porośniętych lasem pagórkach – około 10 km.
2. Przeprawa przez rzekę (Łupawę?)
3. Nocleg w temperaturze bliskiej 0st.C
4. Głodówka – próba znalezienie czegoś jadalnego.

*Piwko przy ognisku
*Wizyta u Kravera

Zaczęło się już w piątek wieczorem. Zgodnie z dżentelmeńską umową zakończyliśmy dokarmianie swoich organizmów, by nasz wypad rozpocząć z pustymi brzusiami, co miało na celu i sprawdzenie jak funkcjonujemy na głodniaka, i za razem miało być motywacją do rozglądania się za czymś jadalnym – o co, umówmy się na przełomie lutego i marca w polskich lasach raczej ciężko. :pinch:

Wycieczkę rozpocząłem z Gdańska z odpowiednim pod względem korków zapasem, i wylądowałem w Gdyni, pod domem Bartka 20 min za wcześnie, gdzie Iza (Bartka żona – pozdrawiam) namawiała nas na jajecznicę z szynką…
Twardzi z nas faceci, więc grzecznie podziękowaliśmy, wpakowaliśmy się do Misiupisiu i ruszyliśmy w drogę.

Po dłuższej chwili zjawiliśmy się na miejscu i przygodę rozpoczęliśmy od objazdu po okolicach i sprawdzeniu kilku opcji na mapie.

Lokalizacja: Podkomorki

DSCF7509.jpg

Klamka zapadła. Idziemy do lasu, czym rozpoczęliśmy realizację punktu nr 1.

DSCF7510.jpg
DSCF7511.jpg
DSCF7512.jpg
DSCF7514.jpg
DSCF7515.jpg
DSCF7516.jpg
DSCF7517.jpg
DSCF7518.jpg

Przeprawa przez rzekę była zaskakująco łatwa i dość przyjemna, gdyż znaleźliśmy takie oto miejsce.

DSCF7520.jpg
DSCF7522.jpg
DSCF7523.jpg

Pkt 2. z listy odhaczony!

Po drodze znaleźliśmy nieco jałowca – ale to nie zaspokoiło apetytów.
Rzeka, jak wynikało z relacji Bartka jest pozbawiona ryb.
Jezioro zamarznięte, ale nie wystarczająco by pokusić się o połowy spod lodu…
Spotkaliśmy jednak (założenie teoretyczne) kandydata na kolację:

DSCF7527.jpg

Nie wymyśliliśmy jednak sposobu na bezpieczne ściągnięcie go z pokrytego cienkim lodem jeziora…

Jeszcze chwila wyczerpującego marszu, który Bartkowi dał się wyraźnie we znaki, ze względu na średnio wygodny plecak (ciagle go poprawiał), oraz na przebytą właśnie chorobę leczoną antybiotykiem. Efekt następujący:

DSCF7524.jpg
DSCF7525.jpg
DSCF7526.jpg
DSCF7529_2015-03-03.jpg

Po kilku chwilach zabraliśmy się za znalezienie miejsca, gdzie nie docierał wiatr.
Rozbiliśmy i “zamaskowaliśmy” obóz… Rozpaliliśmy ogień…

DSCF7530.jpg
DSCF7531.jpg
DSCF7532.jpg
DSCF7533.jpg
DSCF7536.jpg

No tak – a kebab z czego? Była próba znalezienia larw…
Niestety skończyło się na jednym zbyt szybkim pająku :evil:

Na szczęście o tej porze roku, na skraju lasu rosną sklepy spożywcze i w ramach taryfy ulgowej, i po negocjacjach doszliśmy do wniosku, że zupka chińska i bułka to nie jedzenie i można. ;)

Cicho! – Jakby ktoś pytał punkt 4 zaliczony.

Po zapadnięciu zmroku i znacznym spadku temperatury, wgramoliliśmy się do swoich leśnych przedziałów sypialnych. Około 21 już spałem jak niemowlę…

I tu Bartek miał zadanie większego kalibru…
Niestety nie zauważyłem (za co przepraszam), że jeden z moich 2 bivi bagów, ma uszkodzony zamek, co w połączeniu z rozmiarami Bartka było problemem technicznym, nie do przeskoczenia.

Tj Bartek nie mieścił się w swojej „noclegowni” a każdy ruch powodował rozpinanie się tego tymczasowego domostwa… co przy tej temperaturze jest przepisem na katastrofę…

I tak w okolicach 01:00 porzuciliśmy swoje obozowisko i udaliśmy się na spoczynek na wygodne łóżeczka ileś (???) kilometrów dalej.

Może to zabrzmi jak wymówka, ale nie dość że Bartek był tuż po antybiotyku, to obaj mamy już zaplanowane wyloty w różne części świata i ostatnim co nam potrzebne to zapalenia płuc.

Po szybkim śniadaniu wróciliśmy na miejsce zbrodni, zwinęliśmy graty i ruszyliśmy w drogę by złożyć wizytę w domu Kravera.
W progu przywitali nas Kraver z małżonką, ich 2 wielkie psiaki… i zapach powoli i coraz intensywniej wydobywający się z kuchni…

Kawka, herbatka, obiadek (dziękujemy raz jeszcze), wizyta w garażu, troszkę rozmów na tematy preppersów… i trzeba było się ewakuować w stronę trójmiasta.

DSCF7541.jpg

Na zdjęciu kolejno: druh Bartek.Prv, druh fooky i drużynowy Kraver

Wnioski podsumowujące wypad:
1. Chcąc nocować zimą w lesie warto używać sprawdzonego i dopasowanego do siebie sprzętu. (Tu byłem w zdecydowanie lepszym położeniu, co w żaden sposób nie czyni ze mnie speca, czy superman’a)
2. Marsz z ważącymi około 25-30 kg plecakami, nawet bez wcześniejszego treningu jest możliwy, a jeśli odpowiednio rozłożysz ciężar, nawet nie jest dokuczliwy.
3. Woda w rzece wcale nie jest taka zimna jakby się wydawało.
4. Jeśli nie polujesz na łabędzie – weź zupkę chińską, albo jakieś drobne.
5. Nie zapinaj pasów trzymając kolanami puszkę coli.

I wniosek najważniejszy.

Cały wypad był rodzajem testu – czy w warunkach polskiej zimy, w razie „W” jesteśmy w stanie bez większych przygotowań poradzić sobie w lesie.

Moim zdaniem NIE.

Choć jestem młody, dość sprawny fizycznie, nie byłem chory i miałem swój sprawdzony, sprzęt, wiem że granica pomiędzy powodzeniem, a klęską takiego męskiego wypadu jest cienka – wystarczyłby porządny deszcz, rana, angina, czy zwyczajne potknięcie podczas przekraczania rzeki z plecakiem (mokre ciuchy, buty, śpiwór)… I było by po sprawie…

Nie ma co się łudzić, że zając do nas podejdzie i zapyta się czy możemy go zjeść.
Ryby same na haczyki nie wskoczą, ptactwo nie zniży lotu.

Dodatkowe czynniki takie jak zimny wiatr, mróz, niesprawny, bądź niekompletny, źle spasowany sprzęt, czy choćby źle spakowany plecak, mogą nas rozłożyć na łopatki.

Argumentami o znacznie większej wadze, są również aktualne, bądź właśnie przebyte choroby, stres, czy marudzące z głodu dziecko…

I jako ojciec i mąż zwracam uwagę wszystkich twardzieli, teoretyków – spróbuj na taki wypad wziąć żonę i dzieci. Przenieść swój i ich plecaki na choćby 15 km, upoluj im zwierzynę, zapewnij schronienie i ogrzej, nie używając do tego celu zdradzającego Waszą kryjówkę ogniska, tak by rano byli gotowi na następnych zaledwie 15 km marszu w mrozie…

Weź pod uwagę również, że porządny sprzęt do spania i jedna zmiana ciuchów potrafi ważyć naście kilogramów na osobę… a gdzie piła, toporek, saperka, dubeltówka, woda, konserwy, porządna apteczka, siatka maskująca, maczeta (i cokolwiek o czym wieczorami gadamy na tym forum)… no i zapasy złota na wykupienie się z rąk złych ludzi oczywiście…?

Jeśli myślisz, że Twoja ważąca 50 kg żona i ważące 20 kg dziecko będzie targać na plecach tyle co Ty… zrewiduj swoje poglądy. I pamiętaj:

Siła łańcucha = siła najsłabszego z ogniw.

A wróg nie będzie czekał aż się najesz, wyśpisz i ogrzejesz… -ewakuujesz.

No może latem, to by się jako tako mogło udać… ale zimą, w naszych warunkach klimatycznych, w moim przekonaniu bez rodzinnego treningu jest to niemożliwe, a i z treningiem pewnie będzie to niemal „mission impossible”.

Leave a Comment