Preppers Muzykant

Preppers Muzykant

question-mark-2Przetrwać bez wielkiej giwery?
No to może z harmonijką ustną?

Załóżmy, że po kataklizmie będziemy musieli przetrwać w mieście.
Przeczekać, zanim zdobędziemy środki i będziemy mogli odejść.
Może wejdziemy do miasta, bo będzie w połowie drogi między naszym domem a miejscem docelowym?

Dobrowolnie, w interesach, w poszukiwaniu lekarstwa, z powodu zbiegu okoliczności lub przymusu.

A w mieście…

Prądu nie ma, woda niby jest, ale droga, zarobić można na przykład przy odgruzowywaniu, trzeba się mieć na baczności, bo można oberwać gazrurką po głowie. Anarchia, próby budowania tymczasowej władzy, radość z przeżycia kataklizmu, bajzel, cyrk, sztandary zwycięzców i czarny rynek. Może sytuacja  przypominająca nieco Ziemie Odzyskane w pierwszych miesiącach po wojnie.

Paradować w stroju paramilitarnym, czy wtopić się w tłum? Dołączyć do jednego z gangów, czy omijać je szerokim łukiem? Walczyć, czy przetrwać? Wszak sytuacja jest tymczasowa, a nie wiemy, jakie sztandary będą powiewały nad miastem za tydzień.

Moim zdaniem, jeśli mamy łopatę, a jest zapotrzebowanie na kopanie rowów, to warto skorzystać. A jeśli nie mamy nawet łopaty, albo koniunktura nie sprzyja robotom ziemnym? Jaką obrać strategię? W jaką rolę się wcielić? Co potrafimy i czy znajdziemy odbiorców na nasze usługi? Żonglerka, żebranie, gra na instrumencie, malarstwo czy opowiadanie bajek?

W sobotę 7 lutego wstałem o 6 rano i postanowiłem sprawdzić, czy potrafię zarobić na obiad. Żonglować nie potrafię. Żebractwo skreślam, bo w świecie po kataklizmie ludzi wyciągających rękę po wsparcie będzie legion, więc jeśli posiadamy wszystkie kończyny i narządy, to nasze szanse są minimalne. Moje umiejętności graficzne są… bardzo amatorskie, a teatrzyk uliczny wymaga odrobiny zaplecza, którego nie mogłem zbudować w jedno przedpołudnie.

Dawno temu uczęszczałem do ogniska muzycznego, do klasy akordeonu. Po czterech latach przerwałem naukę. Za to w liceum nauczyłem się gry na gitarze i organkach. Gitarę uznałem za nieco oklepaną, więc w sobotę wrzuciłem do bagażnika prehistoryczny akordeon, a do kieszeni harmonijkę. Pojechałem do miasta, w którym nie mam rodziny ani bliskich znajomych (10 km. od domu).

Jak powinien wyglądać uliczny grajek? Parking przed marketem to nie filharmonia. Jak ludzie wyobrażają sobie ubogiego muzykanta, który rzępoli, jak potrafi, bo nie ma co włożyć do garnka? Ubrałem znoszone dżinsy, z jedną plamą na kolanie po ostatnich pracach w garażu, zwykły granatowy polar i szarą kurtkę, która urodą nie grzeszy, ale nie śmierdzi. Czarna czapka na głowę, dwutygodniowy zarost (co o tej porze roku nie jest u mnie niczym nadzwyczajnym). Popełniłem dwa błędy: nie zdjąłem obrączki i nie naciągnąłem nogawek na glany, które nowe nie są, ale do obrazu muzykanta nie do końca pasują.

ilustracja do artykułu

ilustracja do artykułu

Zaparkowałem przed „Biedronką”, zanim otwarto sklep. Wyjęcie akordeonu i składanego krzesła poszło gładko, podobnie jak kluczenie, by nie być kojarzonym z samochodem. Mógłbym rozpocząć popis, a tu… pierwszy problem. Bariera psychologiczna przed rozpoczęciem koncertu była ogromna. Niemoc położenia palców na klawiszach, spowodowana nie tym, że słabo gram. Łatwiej jest upitoloć głowę karpiowi lub dać po pysku agresorowi, niż usiąść przed sklepem, czyli wcielić się w żebraka. Prawdopodobnie to kwestia wychowania i poglądów. Bo nie wolno kraść, gwałcić, wyżywać się na słabszych… a muzykować pod sklepem? Po dziesięciu minutach przekonałem sam siebie, że wolno, bo to eksperyment. Miejsce wybrałem pomiędzy wejściem, wózkami i bankomatem. Do kartonu po pomarańczach włożyłem białą tekturę z kartonów po mleku. Napisałem: „Chcę wygrać kaszę, makaron, ryż, miód, środki czystości i nowy kręgosłup”. Zagrałem kilka melodii z repertuaru „Tercetu egzotycznego” i… następny problem. Temperatura minus pięć. Nie jest mi zimno, ale wyczucie opuszkiem palca guzika basowego „C” staje się coraz trudniejsze (choć posiada wgłębienie). Końcówki palców marzną i trzeba grać na wyczucie. Odkładam akordeon i dmucham w organki, rozgrzewając przy okazji dłonie. Pomaga. Zatem kolejna zmiana instrumentu i od nowa „La Paloma”, póki palce nie zmarzną. A potem przyszedł ochroniarz i powiedział, że mam się zbierać, bo kierowniczka zadzwoni po policję. Czy mu uwierzyłem? Nie do końca, ale gdyby taka sytuacja miała miejsce w „mieście post-apo” nie kłóciłbym się. Zwijam manele i zakosami idę do auta. Nie doczekałem powrotu starszego pana, który zaproponował mi bułkę.

Jadę dwa kilometry dalej i znajduję nieduże, osiedlowe „Tesco”. (Plan „gry” i trasy do sklepów wytyczyłem poprzedniego dnia). Parkuję z boku i wyciągam wnioski z poprzedniego występu: Duży instrument bardziej zwraca uwagę. Ludzka hojność nie zależy od wielkości instrumentu. Dobra lokalizacja to taka, która nie powoduje pojawienia się ochrony.

Przysiadłem (podkładając pod tyłek plik sklepowych gazetek) na barierce przy wózkach, rozłożyłem wspomnianą tekturę i zdałem się na harmonijkę ustną (opory psychiczne podobne, ale krótsze. Do tego świadomość, że na organkach gram w miarę płynnie). Repertuar regionalny „Karolinka”, „Głęboka studzienka”, „Do Bytomskich Strzelców” i wszystko, co wpada w ucho. Po pół godzinie kolejny problem. Temperatura ujemna, a w ustach zasycha. Kupuję wodę źródlaną za 57 gr. i gram dalej. Teraz dla odmiany lepiej się dmucha, ale zimne powietrze skrapla się w organkach i trzeba je co kilka minut oklepywać z pary wodnej (nie mylić ze ślinieniem).

O 12.00 kończę koncert, obchodzę sklep dookoła i nierozpoznany wchodzę na parking. Wracam do domu na obiad. Żeby grać jeszcze godzinkę, musiałbym opróżnić pęcherz.

Jak mi wyszło?

W ciągu 4 godzin gry (pomijam przemieszczanie się, rozkładanie gratów, przerwy itp.) uzbierałem 40 złotych w gotówce. Do tego (prawdopodobnie dzięki napisowi na kartonie):

Ryż w woreczkach 4×100 g,

Kasza w woreczkach 4x125g, Kasza jęczmienna luz 1 kg,

Makaron 750g. (rury),  makaron 500g. (świderki).

Dwa mydła, szampon, płyn do naczyń (1 l.)

Serki topione (opakowanie 8 szt.)

Piwo „Harnaś”

Kiełbasa Zwyczajna 425g.

Michałki, 280 dg.

Herbata „Earl Grey” 80 torebek, kawa „Prima” 250 g.

i nie tylko, ale kartka z notatkami zaginęła, a część łupów została już zjedzona. Wartość zakupów szacuję na ponad 50 zł.

Wnioski na czas obecny:

Kobiety rzucają większe nominały (trafiłem 10 zł i 5 zł), mężczyźni lubią sypnąć groszem, czyli dają resztę z zakupów. (najczęstszy datek to 2 zł). Karta bankomatowa jest wrogiem muzykanta. Im bardziej pasujemy do ludzkich przekonań o bezrobotnych grajkach, uczciwych biedakach, żebrakach, którzy nie są nierobami, tym większą mamy szansę na zarobek. Dwie reklamówki z większą ilością towaru zasponsorowały młode kobiety (prawdopodobnie zamężne i posiadające dzieci w wieku przedszkolnym). Nie mam szans zarobić (lub, jak kto woli. wyżebrać) tyle, co wróżąca Cyganka, kobieta z dzieckiem na ręku, zaniedbany bezdomny, inwalida. Mój wzrost i gabaryty odstraszają niektórych klientów. Może też pojawić się myślenie: Jest duży i silny, więc nie potrzebuje wsparcia. A mimo to zarobiłem około 100 zł w gotówce i towarze! Bez giwery.

Wnioski na czas po „W”:

Gdybym grał w pojedynkę, siedziałbym pod ścianą, by zabezpieczyć tyły.

Każdy preppers powinien opanować dowolną umiejętność „artystyczną”, by w razie potrzeby zarabiać świadczeniem usług kulturalno – rozrywkowych.

Zdobyte dobra należy na bieżąco ukrywać (trzy razy chowałem towar w samochodzie, a monety trafiały szybko do kieszeni).

Miej oczy dookoła głowy (teraz monitoring, straż miejska, ochroniarze, potencjalni klienci, uczęszczane miejsca) a kto wie, czego trzeba będzie wypatrywać w dziwniejszych czasach.

Trzeba wiedzieć, kiedy budzić respekt, kiedy litość i sympatię.

Uliczny grajek dziękuje wszystkim ludziom, którzy wspomogli go w jakikolwiek sposób i obiecuje, że nie będzie testował ich dobroczynności bez realnej potrzeby.

 

Kazik

Leave a Comment